Produkt wprowadzony do obrotu na terenie UE przed 13 grudnia 2024.
Nasza podgrupa terenowa założyła bazę w dalszej dolinie i była potrzeba, żeby do niej iść z jakąś informacją. Wziąłem strzelbę, plecak, poszedłem sam. To nie było daleko. Pół dnia drogi. W takiej sytuacji człowiek zamienia się w westmana albo tropiciela śladów na Dzikim Zachodzie. Oczy wokół głowy, każdy szelest budzi niepokój. Doszedłem do wylotu tej doliny. W przeciwieństwie do wielu innych dolin Spitsbergenu, które wychodzą wprost w morze, a w środku są wypełnione lodowcem, w tej dolinie lodowiec nie dochodził do morza, tylko kończył się w pewnej odległości od brzegu. Szedłem, szedłem coraz dalej... i nie było ich śladu. Trafiłem na pardwy, które się tam gnieżdżą. Samiec cały bielusieńki, tylko wokół dzioba miał czerwone korale. Bardzo gęsto owłosione nogi powodują, że jak chodzi po śniegu, to się nie zapada. Zrobiłem sobie przerwę w wędrówce. Usiadłem, a one, łażąc po tajdze i coś dziobiąc, podchodziły coraz bliżej. W końcu chodziły mi po gumowcach, jak kury po podwórku. Nie bały się. Pierwszy raz widziałem pardwy na wolności. Wyglądają jak kuropatwy, ten sam gatunek. Odwróciłem się w kierunku morza, miałem ze sobą lornetkę i tam daleko nad morzem dostrzegłem pomarańczowy namiot. Nasz namiot.
Jacek Rajchel
